-
Paweł Potoroczny
Na oko

Posłuchajcie. Nie ma znaczenia program kandydata. Bez znaczenia są jego kwalifikacje, dorobek, opcja polityczna, uroda żony i wynik dochodzenia lustracyjnego. Przynajmniej ja od dawna to podejrzewałem. A teraz mam dowody.

W The New Yorker z 29 maja Malcolm Gladwell, w innym kontekście niż wybory polityczne powołuje się na dwa eksperymenty sprzed kilku lat. Rezultaty obu mają jeszcze nie do końca wyczerpany potencjał. Jednym mogą służyć za naukowy dowód na istnienie intuicji, innym jako narzędzie w procesie rekrutacji pracowników, jeszcze innym posłużą za motyw krytyki cywilizacji, której kultura sprowadza się do powierzchownych sądów fundowanych na powierzchownych przesłankach dostarczanych przez powierzchowną telewizję.

Eksperyment harvardzki

Eksperyment pierwszy, harvardzki, miał na celu uchwycenie niewerbalnych aspektów nauczania. Punktem wyjścia badań Nalini Ambady i Rogera Rosenthala były nagrania wideo wykładowców akademickich dokonane w trakcie ich zajęć. W eksperymencie tym zewnętrzni obserwatorzy, nie związani z poszczególnymi wykładowcami ani nawet z uniwersytetem, mieli dokonać oceny kwalifikacji wykładowców wyłącznie na podstawie ich ekspresji i atrybutów fizycznych. "Wyłącznie" należy rozumieć dosłownie - obserwatorom pokazywano taśmy wideo przy wyłączonym dźwięku. Stawiam kropkę, chociaż w zasadzie powinienem użyć wykrzynika.

Ambady, jak pisze Gladwell, chciała mieć co najmniej jednominutowe nagranie, które mogłaby pokazać postronnym obserwatorom. Niestety, we wszystkich nagraniach w kadrze oprócz wykładowcy byli również słuchacze, a to, jak się obawiała, mogło wpłynąć na oceny. Udało się wymontować jedynie dziesięciosekundowe migawki bez studentów w tle i takie właśnie zapisy pokazano obserwatorom.

Pomysłodawcy eksperymentu mieli wątpliwości, czy dziesięć sekund niemego filmu wideo wystarczy uczestnikom by dokonać oceny przymiotów osobowości wykładowcy w oparciu o składającą się z piętnastu punktów ankietę. I co? Nie tylko okazało się, że dziesięć sekund w zupełności wystarczy. Okazało się, że wystarczy nawet pięć, a w kolejnej fazie eksperymentu nawet dwie. Przy czym, w miarę skracania taśmy, okazało się, że oceny wystawione wykładowcom na podstawie dziesięciosekundowego wideoklipu całkowicie pokrywają się z wystawionymi na podstawie pięciosekundowego i dwusekundowego.

W amerykańskich uniwersytetach nie tylko wykładowcy oceniają studentów, ale i studenci oceniają swoich nauczycieli. Ambady wykorzystała to i zrobiła krok dalej w swoich badaniach. Porównała oceny wykładowców dokonane przez postronnych obserwatorów z ocenami, które tym samym wykładowcom wystawili studenci po całym semestrze wspólnych zajęć twarzą w twarz. Zbieżność tych ocen okazała się niesamowicie wysoka. Na podstawie dwusekundowej niemej migawki uczonego, którego nigdy nie spotkali, obcy ludzie są stanie dojść do takich samych wniosków na temat jego kwalifikacji jak studenci, którzy spędzili na jego zajęciach parę miesięcy. Gladwell nazywa to "snap judgment". Może najbliższy duchowi polszczyzny przekład będzie brzmiał: "na oko".

Dwa eksperyment w Toledo

Inny eksperyment, przeprowadzony stosunkowo niedawno na uniwersytecie w Toledo, nim okazało się, że ma daleko szersze implikacje, podobnie jak harvardzki w swoim zamyśle miał początkowo służyć rozwojowi metodologii job interview. Frank Bernieri, jego pomysłodawca, wybrał dwóch studentów, których przez sześć tygodni intensywnie szkolił w procedurach i technikach przeprowadzania wywiadu z kandydatem do pracy. Tak przeszkoleni operatorzy następnie przesłuchali dziewięćdziesięciu ośmiu ochotników w różnym wieku, z różnym doświadczeniem, reprezentujących odmienne profile socjalne i rasowe. Każda rozmowa trwała od piętnastu do dwudziestu minut, po której obaj prowadzący ją wypełniali szczegółową, sześciostronicową ankietę hipotetycznego kandydata do hipotetycznej pracy. Bernieri uszykował im jednak niespodziankę. Znaczna część uczestników eksperymentu została bez wiedzy prowadzących wywiady starannie przeszkolona w takich zachowaniach niewerbalnych, jak na przykład mimikra postaw i gestów operatorów, ponieważ głównym celem Bernieriego było stwierdzenie, czy takie zachowania wpływają na zdolność prowadzących wywiad do dokonania oceny i czy przypadkiem nie skutkują generalnym podniesieniem ocen kandydatów przeszkolonych w porównaniu z ocenami kandydatów zachowujących się podczas wywiadu zupełnie normalnie. Wynik był jednoznacznie negatywny i wydawałoby się, że eksperyment Bernieriego na tym się wyczerpuje.

Tymczasem jego studentka, Tricia Prickett, postanowiła wykorzystać zapisy wideo z przeprowadzonych wywiadów. Wymontowała piętnastosekundowe fragmenty pokazujące zaledwie jak kandydat puka do drzwi, wchodzi, wita się z operatorami i siada. Tak okrojony materiał pokazała następnie grupie postronnych osób prosząc by na jego podstawie dokonali oceny kandydata posługując się tą samą sześciostronnicową ankietą, której użyli operatorzy w eksperymencie Bernieriego. I znów, podobnie jak w eksperymencie harvardzkim, oceny były zaskakująco zbieżne. Spośród jedenastu cech każdego kandydata wskazanych przez wykwalifikowanych operatorów na podstawie wywiadu tete a tete, aż dziewięć zostało bezbłędnie przewidzianych przez postronnych obserwatorów na podstawie piętnastosekundowego wideoklipu. Wykrzyknik?

Myślenie przeszkadza

Badania przeprowadzone w Toledo prowadzą do dalej idących konkluzji niż eksperyment Nalini Ambady, bo prowadzący wywiady zostali w tej sztuce przeszkoleni. Przy tym posługiwali się standardowym, formalnym i bardzo szczegółowym kwestionariuszem powszechnie używanym przez head hunterów i fachowców od zarządzania zasobami ludzkimi właśnie po to, by uzyskiwać możliwie akuratny i wolny od uprzedzeń operatora profil kandydata. I co? Nadal rezultaty (oceny) tylko nieznacznie różniły się od tych, dokonanych przez przypadkowych ludzi, którym pokazano zaledwie powitanie.

Zarówno Ambady jak i Bernieri sądzą, że niezwykła siła pierwszego wrażenia dowodzi, iż w naturze ludzkiej tkwi jakiś szczególny rodzaj przedracjonalnej władzy wydawania sądów o innych. W istocie rzeczy, mogliby powiedzieć, jest tak i tylko tak, jak to na oko widać. Ambady pokusiła się, by jeszcze dodatkowo dowieść tej przedracjonalności. Najpierw każąc obserwatorom w swoim eksperymencie, by podczas oglądania zapisu wideo dokonali prostych, ale rozpraszających operacji myślowych, jak zapamiętanie pewnej ilości liczb i ich sekwencji. I co? Zadanie to nie wpłynęło w żaden zauważalny sposób na ocenę wykładowców. Ale kiedy zażądała od swoich obserwatorów, by ponownie zastanowili się i zweryfikowali swoje oceny, zaczęły się pojawiać znaczące rozbieżności. Okazuje się, że myślenie tylko przeszkadza w wydawaniu sądów. Może jednak postawię wykrzyknik!

Prymitywne elementy czy zespół tropów

Reszta leży już w sferze spekulacji. Czy, jak chce Ambady, jest tak, że za procesy wydawania osądów odpowiadają niższe, prymitywne elementy naszego mózgu i dlatego odbieramy je z siłą oczywistości? W tej hipotezie, nazwijmy ją neurologiczno-realistyczną, to co widać na oko istotnie odpowiada cechom charakteru badanej osoby - sąd wydany po dwu sekundach nie różni się od oceny wydanej po dwudziestu minutach, czy nawet po całym semestrze. Czy może jest tak, jak woli Bernieri w swojej platońsko-antropologicznej interpretacji, że istnieje zespół tropów, sygnałów i wskazówek, z których część jest właściwa osobowości badanego będąc zarazem szybko i łatwo dostępna badającemu?

Konluzje, do których w swoim tekście dochodzi Malcolm Gladwell są dwojakie. Pierwsza powiada, że oto mamy dowód na istnienie jakiegoś rodzaju potężnej formy ludzkiej intuicji i, dodajmy, aż się prosi o analogię z feromonami. Dla Gladwella konkluzja ta jest pocieszająca - oto spotkawszy kogoś doskonale obcego jesteśmy w stanie natychmiast (na oko) wiedzieć o nim coś ważnego. Druga konkluzja nie jest już tak optymistyczna. Fakt, że postronni obserwatorzy, którzy widzieli zaledwie powitalny uścisk dłoni ferują takie same sądy, jak wykwalifikowani operatorzy każe sądzić, że zbyt wielkie znaczenie przywiązujemy do pierwszego wrażenia, że wypiera ono rzeczowe i racjonalne oceny, do których można dojść tylko z czasem, nigdy na oko.

Na ekranie

Tyle konkluzji, czas na hipotezy. Po pierwsze, choć żaden z badaczy o tym nie mówi, prawdopodobnie nie ma drugiej szansy by poprawić pierwsze wrażenie, natomiast zupełnie łatwo można je pogorszyć. Czy nie tym można wytłumaczyć spadek popularności poszczególnych kandydatów do prezydentury i stabilne, bez tendencji wzrostowych poparcie dla innych? Po drugie, można sądzić, że opisane wyżej rezultaty z powodzeniem mogą się odnosić do znacznie szerszej grupy niż nauczyciele akademiccy czy kandydaci do pracy: kimkolwiek jesteś, kandydatem na prezydenta, rzecznikiem prasowym, salesmanem, barmanem czy partnerem do debla, pamiętaj - masz dziesięć sekund, w najlepszym przypadku. Po trzecie, siła powyższych eksperymentów nie polega na dowodzie o powierzchowności naszych sądów, to przecież wszyscy wiemy, ale na obecności w nich medium - zapis wideo jest po prostu telewizją. Nie tylko nie potrzebujemy kwalifikacji z dziedziny, którą zajmuje się oceniany przez nas człowiek - przecież w końcu nie ma znaczenia co mówi, ani jak mówi. Nie potrzebujemy nawet kontaktu na żywo, by wystawić mu ocenę, liczy się tylko jak kandydat wygląda na ekranie telewizora. Idźmy dalej - należy przypuszczać, że gdyby w obu eksperymentach dopuszczono do bezpośredniego kontaktu jednocześnie ograniczając go do dwu czy nawet piętnastu sekund, żaden z postronnych obserwatorów nie byłby w stanie wydać miarodajnego sądu. Czy zatem telewizja jako medium jest niezbędna do dokonania oceny?

Na pocieszenie, ku przestrodze, z miłosierdzia

Większość z nas, wyborców, nigdy nie spotka na żywo kandydatów do prezydentury, będziemy was, sokoły, znać z kilkunastosekundowych relacji. Przywołałem oba eksperymenty w kontekście kampanii prezydenckiej z prostą dedykacją - przegranym na pocieszenie, zwycięzcy ku przestrodze, wyborcom z miłosierdzia. Z miłosierdzia, ponieważ to oni są świadkami gorszących awantur o dostęp do telewizji i teraz może wreszcie będą wiedzieli dlaczego. Natomiast ci pierwsi niech wiedzą, że przegrali nie dlatego, iż nisko oceniliśmy ich programy, doświadczenie i kwalifikacje. Niech pamiętają, że myślenie tylko nam w tym przeszkadza, że mieliśmy wyrobione zdanie na długo zanim ich kampanie nabrały rozpędu, i że opinię tę zbudowaliśmy sobie w oparciu (oczywiście) o telewizję, ale znacznie wcześniej, nim pokazała ona pierwszy spot przedwyborczy. Zwyciezcy, podobnie jak przegranym, trzeba by chyba uświadomić, że dostał nasze głosy z tego samego powodu: bo myślenie przeszkadza w wyborach; że w największej mierze wybrany został przy użyciu niższych, prymitywnych struktur mózgu, a to jest słaby powód do pychy. Wybraliśmy Pana, Panie Prezydencie, na oko. Wykrzyknik.

Autor był konsulem generalnym RP w Los Angeles