-
Piotr Debek, Paweł Dębek
Klikanie na władzę

W społeczeństwie informacyjnym ściskanie dłoni na wiecach wyborczych nie wystarczy do zdobycia mandatu parlamentarzysty czy fotela prezydenta. Dotarcie do ogólnokrajowego elektoratu wymaga pośrednictwa mediów, a najmłodsze z nich daje szansę na zindywidualizowanie przekazu i przekonanie nawet tych, których polityka nie interesuje i politykom nie ufają.

Wzorem amerykańskich polityków nasi rodzimi kandydaci na prezydenta chętnie fotografują się na tle adresów swoich internetowych witryn, a hasła o upowszechnieniu dostępu do globalnej Sieci stały się bardzo modne w trwającej kampanii. "Internet zmienia sposób komunikacji społecznej. Tysiące ludzi może się bezpośrednio porozumiewać ze swoimi przedstawicielami" - zauważa profesor Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Sieć pozwala powiedzieć każdemu wyborcy dokładnie to, co ten chce usłyszeć, ale też ułatwia kontakt z politykami. Likwiduje również problem zniekształcenia przekazu politycznego w trakcie jego relacjonowania przez prasę, radio czy telewizję. Łatwo dostrzec walory, jakie w oczach polityków ma Internet. Zasadne jest więc pytanie: czy sami politycy nauczyli się wykorzystywać Internet jako narzędzie do pozyskiwania elektoratu?

Chat z prezydentem

Punktem wyjścia działań marketingu politycznego w Internecie jest oczywiście serwer WWW - szybki, o atrakcyjnym, łatwym do zapamiętania adresie, wypełniony interesującą treścią. Umieszczony na nim przekaz polityczny ma większe szanse trafić do masowego odbiorcy niż taki, który jest rozpowszechniany tylko w czasie spotkań wyborczych. Ponadto tradycyjne media, jak prasa, radio czy telewizja, nie są zainteresowane obszernymi relacjami z wystąpień polityków, bo też i trudno sobie wyobrazić, by całe "Wiadomości" były w całości poświęcone temu, co kandydaci tego dnia powiedzieli. Witryna internetowa jest dostępna z każdego zakątka świata dwadzieścia cztery godziny na dobę. Może ją odwiedzić teoretycznie każdy wyborca, a praktycznie - każdy internauta.

Wszyscy tegoroczni kandydaci na prezydenta - oprócz Bogdana Pawłowskiego - mają swoje internetowe witryny. W większości oprócz zdjęć polityka i jego żony serwis online zawiera życiorys, hasło, ważne wystąpienia, a zdarza się, że i program. Czasami główną zawartość strony stanowi terminarz spotkań wyborczych. Na stronach najpopularniejszych kandydatów jest on codziennie aktualizowany. Na kilku witrynach znajdziemy też możliwość wsparcia kampanii finansami bądź włas-ną pracą. Jan Łopuszański i Marian Krzaklewski mają nawet swoje serwisy WAP.
Strona ze stale aktualizowanym terminarzem spotkań, wywiadami i fragmentami artykułów prasowych nie powinna być jedynym przejawem obecności polityka w Sieci. Zaletą Internetu jest wszak interakcyjność. Żeby się spotkać ze swoim elektoratem, polityk nie musi przemierzać Polski wszerz i wzdłuż, a i jego elektorat w ogóle nie potrzebuje w tym samym celu wychodzić z domu. Na zwołanej w Internecie konferencji liczby miejsc nie ogranicza wielkość wynajętej sali. W Sieci z kandydatem na prezydenta porozmawiać może praktycznie każdy. Nie ma już konieczności opierania się wyłącznie na relacjach dziennikarzy. Zadaj swojemu kandydatowi pytanie, a - jeśli moderator je zatwierdzi - otrzymasz na nie odpowiedź!
Polscy politycy ostrożnie korzystają z tej możliwości. Konferencje online są urządzane przez ich własne sztaby wyborcze lub przez wyspecjalizowane serwisy, np. Onet lub Wprost. Co ciekawe, frekwencja na tych spotkaniach nie zapycha serwerów. Czy polscy internauci nie są zainteresowani polityką w ogóle czy tylko politykami?

Podobną funkcję do konferencji online może również spełniać e-mail. O ile jednak w warunkach chatowej konferencji brak często miejsca na obszerne odpowiedzi - a może się też zdarzyć, że nie każdy zdoła zadać swoje pytanie, jeśli uczestników konferencji jest zbyt wielu - o tyle e-mail umożliwia staranniejszą i bardziej zindywidualizowaną wymianę opinii między kandydatem a wyborcą. Na każdej stronie znajdziemy adres poczty elektronicznej, pod który - jak oświadczają twórcy stron - można skierować pytania do kandydata. Jako zwykły wyborca wysłałem pytanie do sztabów wyborczych kilkunastu kandydatów. Rezultat? Po ponad tygodniu odpowiedź przyszła jedynie ze sztabu Tadeusza Wileckiego, a po następnych dwóch tygodniach od Jarosława Kalinowskiego. Pozostali milczą do dziś. Czy sztaby wyborcze nie potrafią obsługiwać programu pocztowego?
Internet sprawdza się również w sytuacjach kryzysowych. Gdy wybucha skandal lub sytuacja wymaga szybkiego wyjaśnienia swojego stanowiska, kilku minut potrzeba, aby umieścić na stronie oświadczenie dostępne dla milionów ludzi. Można ogłosić czas konferencji online, na której wszyscy zainteresowani będą mogli usłyszeć, jak ich kandydat broni się przed zarzutami lub jakie przedstawia stanowisko w sprawie budzącej powszechne zainteresowanie. Choć radio może komunikat przekazać szybciej, to trudno sobie wyobrazić, by był on powtarzany co chwilę. W Internecie zaś jest dostępny bez przerwy - aż do chwili, gdy się zdezaktualizuje. Np. na stronie Lecha Wałęsy można zapoznać się ze skanami 24 dokumentów, składających się na tzw.teczkę"Bolka". Ze względu na objętość nie zamieściłaby ich żadna gazeta.

Wirtualny sztab wyborczy

Do zalet Internetu należy też niski koszt dotarcia do wyborcy. Zawiadomienie stu osób za pomocą e-maili jest o wiele tańsze niż wysłanie tej samej ilości faksów czy wykonanie tylu telefonów. Bez wątpienia zabiera to też mniej czasu. Zwiększa to szanse kandydatów niezależnych, nie dysponujących dużym funduszem i nie mogących liczyć na wsparcie organizacji partyjnych.
Aby jednak kampanie w Internecie stały się głównym punktem w strategii wyborczej polityków, znacząca większość ich wyborców musi mieć dostęp do komputera podłączonego do Sieci. Tymczasem od 3 do 5 milionów Polaków dysponuje taką możliwością, a sporo z nich to osoby bardzo młode, nie mające jeszcze czynnych praw wyborczych. "Przed wyborami warto walczyć o każdą grupę społeczną, ale w polskiej kampanii Internet to sprawa drugorzędna" - uważa profesor Krzemiński.

Jak to się robi w Ameryce?

Jeśli zauważy się, że spośród 300 milionów internautów połowa mieszka w USA, nie zdziwi fakt, że kraj ten stał się prekursorem elektronicznej demokracji.
Amerykańscy politycy na swoich witrynach - oprócz programu, zdjęć, filmów biograficznych, przemówień, informacji o możliwości finansowego wsparcia kampanii, oferty przyłączenia się do wolontariatu - zamieszczają także gadżety, które mają przyciągnąć surfujących po Sieci, takie jak tapety czy wygaszacze ekranu.

Istotne wydarzenie w dziejach prowadzenia internetowych kampanii wyborczych miało miejsce w marcu 1999 roku, gdy Steve Forbes właśnie w Internecie ogłosił swój start do najwyższego urzędu w Ameryce. Jego kampania wyborcza była pierwszą, w której Internet odgrywał czołową rolę. I choć Steve Forbes prezydentem nie został, to jednak wyznaczył styl uprawiania e-polityki.
Internet potrafił wykorzystać John McCain, startujący w prawyborach Partii Republikańskiej. Udało mu się w ciągu tygodnia zebrać przez Internet dwa miliony dolarów na potrzeby kampanii wyborczej. Był to efekt nacisku, jaki w swojej strategii senator McCain położył na aktywność w Sieci. Stworzył m.in. bazę danych wolontariuszy, obejmującą ponad 70 tysięcy adresów e-mailowych. Każdy ochotnik co jakiś czas otrzymywał polecenia ze sztabu, które dotyczyły wzięcia udziału w wiecu lub przesłania maila do innych osób z informacją o kandydacie. U nas ten pomysł próbował skopiować sztab Mariana Krzaklewskiego i pod koniec sierpnia dysponował 800 wolontariuszami.
Jak ważny dla Amerykanów i ich polityków jest Internet, świadczyć może gafa Ala Gore'a, który w wywiadzie dla sieci CNN ogłosił się legislacyjnym twórcą Internetu. Polityczni przeciwnicy kandydata Demokratów mieli duży ubaw. Choć bowiem istotnie Gore jako wiceprezydent wniósł dużo inicjatyw wspierających rozwój Pajęczyny, to jednak nie miał on nawet możliwości zostania jego twórcą, choćby z tego powodu, że globalna Sieć powstała na długo przed tym, nim Al Gore uzyskał jakikolwiek wpływ na politykę.

Myszką na prezydenta!

Elektroniczna demokracja nie ogranicza się tylko do walk wyborczych w Sieci. Przyszłością jest głosowanie za pomocą Internetu. Głosować bez wychodzenia z domu, ba, bez odrywania się od pracy, poświęcając na całą operację minutę - oto przyszłość demokracji. Prawie połowa obywateli USA zadeklarowała, że chętnie korzystałaby z takiej możliwości. Niektórzy z nich mogli już spróbować tej formy aktywności obywatelskiej.
11 marca tego roku odbyły się w Arizonie prawybory partii demokratycznej. Wybierający między Alem Gore'em a Billem Bradleyem po raz pierwszy w historii Ameryki mieli możliwość głosowania za pomocą Internetu. Spośród 86 tysięcy oddanych głosów niemal 40 tysięcy nadeszło drogą elektroniczną! Tymczasem cztery lata wcześniej do prawyborów w tym stanie poszło trzy razy mniej ludzi. Może to rokować, że kiedy głosowanie w Sieci się upowszechni, zwiększy się frekwencja wyborcza, ponieważ ułatwienie całej procedury zachęci do głosowania większą ilość osób.
I rzeczywiście. Przeprowadzone w 1997 roku w stanie Georgia przez Institute of Technology badania na 11 700 użytkownikach Internetu pokazały, że 63% badanych bierze udział w wyborach, podczas gdy w całym społeczeństwie amerykańskim współczynnik ten wynosi zaledwie 40%. Wniosek z tego płynie prosty: użytkownicy Internetu są bardziej aktywni politycznie. Ponadto 40% ankietowanych przyznało, że ich zaangażowanie polityczne wzrosło, od kiedy stali się użytkownikami Internetu. Internetowa kampania polityczna może się wydawać zbytkiem, ale zaprocentowałaby z pewnością w następnych wyborach. W USA organizacja Youth-e-Vote promuje wśród młodych internautów aktywność polityczną, m.in. organizując dla nich próbne wybory online. W Ameryce żaden polityk nie ma wątpliwości: surfujący po Sieci to wpływowa grupa społeczna.

Cyfrowe głosy

Przeprowadzenie wyborów za pomocą Internetu ułatwia również zliczanie głosów i tym samym umożliwia podanie precyzyjnych wyników zaraz po zakończeniu elekcji. W Arizonie każdy uprawniony do oddania głosu otrzymywał swoje indywidualne hasło, które zabezpieczało przed wielokrotnym głosowaniem. Transmisja głosu była kodowana z użyciem 1024-bitowego klucza. Jednocześnie dzięki niemu nie trzeba było korzystać z konkretnego komputera, na przykład domowego, ale z dowolnej maszyny podłączonej do Sieci. Zniknął więc problem specjalnych procedur dla obywateli chcących mieć wpływ na przyszłość swojego kraju, którzy przebywają akurat na urlopach, w podróżach służbowych czy zagranicznych wojażach.
Choć twórcy całego systemu głosowania online twierdzą, że jest on najbezpieczniejszym systemem internetowym świata, to jednak realną datą wprowadzenia go do powszechnego użytku w całych Stanach przy normalnych wyborach wydaje się rok 2008 lub - w optymistycznym wariancie - 2004. Na razie wiadomo tylko, że mimo licznych prób złamania zabezpieczeń hakerom nie udało się przełamać środków bezpieczeństwa wyborczych serwerów. Przeciwnicy tego sposobu głosowania obawiają się też o anonimowość wyborów. Wystarczy ustalić, kto ma jaki identyfikator i na kogo został oddany głos z tego numeru. A to byłoby złamaniem podstawowych praw demokracji. W ten sposób, głoszą oponenci elektronicznej demokracji, e-wybory mogą się zmienić w e-koszmar rodem z Orwella.

W tym roku w wyścigu do najwyższej funkcji w państwie biorą udział także kandydaci wirtualni - avatary internetowe. Z Alem Gore'em i Bushem "rywalizuje" Jackie Strike, a u nas do Pałacu Prezydenckiego wybierała się Wiktoria Cukt. (W rzeczywistości Cukt to happening Centralnego Urzędu Kultury Technicznej). Strike reklamuje się jako kandydatka doskonale demokratyczna - o jej poglądach decydują w głosowaniach internauci. Wiktoria Cukt zapowiada, że gdy wygra, Polska zmieni się w "państwo, w którym politycy staną się zbędni, a ustrój demokracji parlamentarnej przeistoczy się w elektroniczną demokrację, gdzie decyzje podejmuje Wola Narodu".
Wirtualni kandydaci to oczywiście tylko zabawa, ale prowokuje ona do postawienia pytania, czy w erze powszechnej, błyskawicznej komunikacji potrzebujemy jeszcze polityków? Czy elektroniczna demokracja bezpośrednia stworzy społeczeństwu możliwość, by to ono decydowało w każdej sprawie?

Zdaniem kandydata...Cena komputera

Zwróciliśmy się do kilku kandydatów na prezydenta RP z pytaniami o to, w jaki sposób chcą oni przyśpieszyć rozwój polskiego społeczeństwa informacyjnego.
CHIP: Jedną z głównych przeszkód powszechnego dostępu do komputerów jest ich wysoka cena.1/4 tej ceny to podatek - 22% VAT i cło. Czy, gdy zostanie Pan prezydentem, będzie Pan forsował zmniejszenie tych obciążeń?
J. Korwin-Mikke: Jestem zwolennikiem likwidacji ceł oraz wszystkich podatków poza podatkiem ryczałtowym od osoby i podatkiem od nieruchomości.
A. Kwaśniewski: Sądzę, że (...) trzeba będzie się zastanowić nad różnymi składnikami obecnych cen komputerów. Jest w tej sprawie wiele możliwości, wiele pomysłów, które z powodzeniem zostały zrealizowane w innych krajach.
A. Olechowski: Nie. Wszystkie produkty powinny być opodatkowane tym samym podatkiem. VAT będziemy harmonizować z krajami Unii Europejskiej. Obiecałem natomiast, że zawetuję każdą próbę podwyższenia dzisiejszego poziomu podatków.
M. Krzaklewski: Pytanie jest nieco przewrotnie postawione. Spróbujmy zadać je inaczej: jak wiele osób spośród czytających te słowa nie ma komputera osobistego w gospodarstwie domowym? Ciekawe, czy pamiętają Państwo, jak bodaj 13 lat temu "Bajtek" donosił, że komputery zaczynają trafiać "pod strzechy"? Była to oczywiście gruba przesada. Dziś sytuacja uległa radykalnej zmianie. Co wcale nie oznacza, że bagatelizujemy temat obniżania podatków. Ale jest to konieczne nie tylko w tej branży.

Zdaniem kandydata...Koszt dostępu do Internetu

CHIP: Czy wprowadzi Pan inicjatywy zmierzające do zniesienia uprzywilejowanej pozycji TP SA, zwiększenia konkurencyjności na rynku dostawców internetowych, a tym samym obniżenia kosztów dostępu do Sieci?
J. Korwin-Mikke: To oczywiste, że trzeba zlikwidować monopol państwowy. Nie przewiduję możliwości kontrolowania przez państwo rynku telekomunikacji.
A. Kwaśniewski: Niestety, konstytucyjne uprawnienia Prezydenta nie dają mu możliwości bezpośredniego wpływu na zachowania poszczególnych przedsiębiorstw (...). Pojawia się jednak wiele inicjatyw, w tym także przedsiębiorstw telewizji kablowej, które oferują tańszy dostęp do Internetu. Miejmy nadzieję, że wzrost konkurencji wymusi na dotychczasowym monopoliście zmianę zachowań.
A. Olechowski: Należy (ustawowo) umożliwić dostawcom Internetu dzierżawę łączy lokalnych od operatorów telekomunikacyjnych, przede wszystkim od TP SA. Obniży to znacznie ceny dla korzystających z Internetu za pomocą "gniazdka telefonicznego" - najpowszechniejszego sposobu dostępu.
M. Krzaklewski: Nie można traktować poważnie tego, który obieca, że gdy zostanie prezydentem, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki koszty te [dostępu do Internetu - przyp. autora] zmaleją. Choć dni monopolu TP SA są właściwie policzone, to nie jest to przecież jedyny warunek. [...] Jestem zdania, że głównie znoszenie barier państwowych (likwidacja koncesji) oraz nowe pomysły na dostarczanie Internetu mogą wywrzeć tak potrzebną, pozytywną presję na ceny.

Zdaniem kandydata...Edukacja informatyczna w szkole

CHIP: Ilość komputerów w polskich szkołach, ich nowoczesność, a także przygotowanie nauczycieli do korzystania na lekcjach z nowoczesnych technologii nadal pozostawiają wiele do życzenia pomimo takich akcji jak "Internet dla Szkół". Co zmieni się za Pańskiej prezydentury?
J. Korwin-Mikke: Protestuję przeciwko formie pytania. Stan przygotowania szkół pozostaje taki nie mimo tych akcji, tylko wskutek tych akcji. Nie wierzę w żadne akcje. Muszą być prywatne szkoły i konkurencja między nimi wymusi, że większość z nich będzie miała komputery i Internet.
A. Kwaśniewski: Podzielam ocenę zawartą w tym pytaniu. Właśnie z tej przyczyny w końcu ubiegłego roku zainicjowany został program "Internet w Szkołach - Projekt Prezydenta RP". Ma on na celu pozyskiwanie pozabudżetowych środków na tworzenie pracowni komputerowo-internetowych w szkołach (...). W ramach tego programu utworzonych zostanie w tym roku 30 pracowni, na które składa się po 10 komputerów (...). Oczywiście te działania nie rozwiążą problemu, bo wymaga on wielokroć większych (...) nakładów finansowych z budżetu państwa, zaangażowania instytucji państwowych i samorządowych, a nawet - specyficznej umowy społecznej. (...) Jeśli tempo komputeryzacji polskich szkół nie zostanie przyspieszone, to będą one produkowały "analfabetów XXI wieku".
A. Olechowski: Opóźnienie internetyzacji spowoduje zapóźnienie cywilizacyjne większe, niż spowodował brak powszechnego dostępu do telefonu. Musimy w każdej wiejskiej szkole zainstalować co najmniej jeden, dostępny publicznie i bez ograniczeń, terminal dostępowy. Wszyscy nauczyciele muszą biegle posługiwać się Internetem i znać możliwości jego zastosowań.
M. Krzaklewski: Nowa gospodarka daje nam nowe możliwości. Nie wszyscy w parlamencie to rozumieją. Tu powinno dojść do konsensusu wśród polityków. Młodzi ludzie dostrzegają swoją szansę i oni jako pierwsi odnajdują się w tej nowej rzeczywistości. Ufam, że to dzięki nim Polska zaliczać się będzie wkrótce do grona światowych liderów w tej dziedzinie.