-
Dominika Pszczółkowska
Kampania w rodzinie
-
DOMINIKA PSZCZÓŁKOWSKA: Czy kampania przed referendum wpłynęła na to, jak zagłosowali Polacy?
DR ELŻBIETA SBOTNICKA-IUASIEWICZ, SOCJOLOG W URZĘDZIE KOMITETU INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ: Sądzę, że w znacznie bardziej ograniczonym zakresie, niż zakładano. Myślę, że główny sukces tej kampanii polegał na tym, że pobudziła ona ludzi do szukania informacji na własną rękę. Do szukania odpowiedzi na szereg pytań, czasem również dlatego, że kampania po prostu nie tylko niewiele objaśniała, ale również wielu ludzi denerwowała. Problem, z którym ta kampania się nie uporała, jest taki, że przebiegała na zbyt wysokiej, politycznej półce - o Unii mówili politycy językiem polityków i chyba do polityków, a nie .Judzkim" językiem do ludzi, ona zbyt słaba i rzadko schodziła na poziom zwykłego człowieka.
Zdarzyła się jednak rzecz wspaniała - debata ostatecznie zeszła do naszych domów, do miejsc, gdzie pracujemy. Te dyskusje miały decydujący wpływ na to, kto jak głosował czy uznał pójście na referendum za sprawę ważną. Już samo to, że wróciliśmy do wspólnych rozmów, że uznaliśmy kwestie związane z integracją, przyszłością naszą codzienną i naszego kraju za wspólne, może dać początek czemuś nowemu.
- Czy to, że dyskutowaliśmy o Unii w domach, w pracy, to dowód na to, ze ta kwestia wzbudziła o wiele więcej emocji i zainteresowania niż zwykle wybory?
- Tak. Myślę, że dominowało przekonanie, że ta kwestia przesadzi o naszym dalszym losie. Zrozumieliśmy, że musimy myśleć o przyszłości. Była jednak tak że druga, niebezpieczna postawa - przekonanie, że nie mamy żadnej alternatywy, że wchodzimy do Unii pod naporem sytuacji, a nie z wyboru. Liczba osób, które tak myślą, w miarę zbliżania się referendum malała, ale nadal pozostała pewnie relatywnie duża. To niebezpieczne, ponieważ ci, którzy dokonali wyboru z takim przekonaniem, nie będą czuli się odpowiedzialni za dokonany wybór. Gdy będą trudności, będą szukać winy i odpowiedzialności w tej przysłowiowej "sytuacji", która w ich przekonaniu do tego zmusiła.
- Z doświadczeń krajów, które wchodziły do UE przed nami, wynika, że kampanii informowania o Unii nie należy przerywać po referendum...
- Mamy czas do l maja 2004 r., by zracjonalizować nasze oczekiwania wobec UE. Inaczej zderzą się one z twardą rzeczywistością. Wiele osób przypisuje Unii zadania, do których nie jest ona powołana, np. że z dnia na dzień uporządkuje naszą administrację, sądy, zlikwiduje korupcję. To są zadania, które należą do nas samych. Dziś podejście Polaków do Unii nie jest konsekwentne - z jednej strony chcemy delegować do Unii kompetencje państwa od wspólnej armii po ochronę polskiej obyczajowości i kultury, z drugiej - zachować suwerenność w bardzo tradycyjnym kształcie. Tego pogodzić się nie da. Czas, który mamy przed sobą do maja przyszłego roku, musimy poświęcić na zracjonalizowanie naszych wyobrażeń o Unii, ale również naszych wyobrażeń p Polsce w Unii. Musimy zracjonalizować nasze podejście, by ochronić się przed rozczarowaniami.