--
Wojciech Krzysztof Szalkiewicz
Niezmiernie drogi prezydent
-
Jak mawiał Napoleon Bonaparte do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Polityka, jak każda wojna, nie jest "zabawą" dla biednych. Wprawdzie duża grupa radnych gminnych w rubryce zawód wpisuje "bezrobotny", ale brak funduszy na kampanie wyborcze praktycznie uniemożliwiają osobom bez większego majątku start w wyborach do samorządów wyższych szczebli, czy też udział w wyborach parlamentarnych. Najwięcej jednak kosztu... prezydenci.

Ile kosztuje polityka? Tutaj znalezienie jednoznacznej odpowiedzi nie jest raczej możliwe. Jeżeli pokusić się o lapidarne sformułowanie, można stwierdzić, że: dużo! Jednak nadal pozostaje problemem: dużo - to znaczy ile?
Najłatwiej wyznaczyć przedział wydatków związanych z wyborami. Poziom minimum wyznaczają wydatki wyborcze niejakiego Ajiti Kumara Jaina, który już siedmiokrotnie kandydował do parlamentu Indii. Jak deklarował, na kampanie wydał do tej pory równowartość 3,84 dolara. Co podzielone przez siedem kampanii i przeliczone na polskie złote oznacza, że na jedną kampanię przeznaczał średnio ok. 2 zł. Warto jednak dodać, że Jaina ani razu do parlamentu się nie dostał.
Górną granicę wydatków na kampanię wyborczą wyznaczają wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.
Jak oceniał amerykański ośrodek badawczy Center for Responsive Politics (CRP) koszty odbywającej się w 2004 roku kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, która obejmowała wybory prezydenta i wybory do Kongresu, osiągnęły rekordową sumę 3,9 mld dolarów. Poprzednia kampania, z roku 2000 kosztowała "zaledwie" 3 mld USD.
Pojedynek o fotel w Białym Domu pomiędzy G.W. Bush’em a J. Kerry'm w 2004 r. kosztował ok. 1,2 miliardów dolarów, czyli ok. 4 mld złotych. Tym samym była to najdroższa kampania wyborcza w rozgrywkach prezydenckich w dotychczasowej historii USA.
Z zestawień CRP wynika, że kandydaci z własnych pieniędzy wydali na kampanię ok. 144 mln dolarów, wobec 205 mln w roku 2000. Jednak ośrodek tłumaczy to wyjątkowością sytuacji przed czterema laty, kiedy multimilioner Steve Forbes wydał ze swego konta na własną nieudaną kampanię prezydencką 48 milionów dolarów, a Jon Corzine, były prezes banku inwestycyjnego Goldman Sachs, wyłożył 60 mln dolarów na uwieńczoną sukcesem walkę o miejsce w Senacie USA.
Ośrodek podkreśla, że podana w raporcie ocena wydatków na kampanię prezydencką jest bardzo ostrożna.
Oczywiście nie grozi nam sytuacja, w której na wydatki związane z wyborami w Rzeczpospolitej miałaby być przeznaczona kwota w wysokości kilku procent budżetu państwa. Nie jesteśmy tak bogaci – dlatego też polskie realia finansowe są dużo skromniejsze niż amerykańskie. Zresztą ordynacje wyborcze określają górny (teoretyczny) pułap kwoty wydatków, jakie może ponieść kandydat.
-
Ile można, a ile trzeba wydać?
-
Według danych Państwowej Komisji Wyborczej najwięcej na swoje kampanie w wyborach prezydenckich 2000 roku wydali: A. Kwaśniewski i A. Olechowski prawie po 12 mln zł, a więc na granicy limitu ówczesnego limitu. Komitet wyborczy M. Krzaklewskego wydał 10,7 mln zł, A. Lepper zaledwie… 56 tys. zł.
Jak wynika ze sprawozdań finansowych złożonych do PKW wydatki poniesione przez komitety, które wprowadziły swych kandydatów do Sejmu i Senatu kadencji 2001-05, wyniosły łącznie 64 mln 340 tys. zł.
Najwięcej na wprowadzenie jednego posła do Sejmu wydała Platforma Obywatelska - 251 tys. zł. Najtańszą kampanię, w przeliczeniu na jednego posła, miały wówczas LPR - 12,8 tys. zł i Samoobrona - 33 tys. zł.
W 2005 roku, zgodnie z ordynacją, komitety wyborcze, które zarejestrowały listy we wszystkich okręgach, mogły wydać na kampanię do 30 mln zł (komitety występujące tylko w niektórych okręgach - proporcjonalnie mniej), a kandydaci na prezydenta - do 13,8 mln zł. Łącznie zatem przy 18 partiach zarejestrowanych w więcej niż jednym okręgu, 625 kandydatach do Senatu i 18 prezydentach in spe, legalne wydatki ugrupowań politycznych na kampanie mogły wynieść łącznie ok. miliarda złotych.
Kampanie wyborcze partii idących w ubiegłym, roku po władzę były kosztowne. Już na przykładzie PO i PiS widać był, że wydatki związane z kampanią parlamentarną były ogromne. Obie partie zorganizowały inaugurację w najdroższych salach stolicy. Obie nie szczędziły pieniędzy na wyjazdy liderów, na występy artystyczne, na plakaty i płatną reklamę w telewizji i radiu.
Podobny przebieg miały kampanie głównych pretendentów do fotela prezydenta RP. Dlatego też, trudno wierzyć w to, że sztaby głównych (liczących się) podmiotów politycznych nie przekroczyły także w wyborach 2005 r. limitów wydatków. Bo tak dzieje się do lat, bo po prostu za 13,8 mln zł nie można przeprowadzić skutecznej kampanii wyborczej kandydata na prezydenta.
-
Nasz drogi prezydent
-
O tym, że wydatki głównych kandydatów na prezydentów przekroczyły ustawowy limit informowała Fundacja Batorego, jeszcze przed złożeniem oficjalnych sprawozdań przez komitety wyborcze.
Z opublikowanego przez nią na początku grudnia 2005 r. wstępnego raportu dotyczącego finansów ubiegłorocznych kampanii wynikało, że sztab wyborczy L. Kaczyńskiego wydał ponad 18,4 mln zł, a D. Tuska - ponad 16,8 mln zł.
Dane te z dużą dozą prawdopodobieństwa są zaniżone. Fakt, że w ubiegłym roku nałożyły się na siebie wybory prezydenckie i parlamentarne, pozwolił sztabom wyborczym na skuteczniejsze niż „zwykle” ukrywanie wydatków.
Według wspomnianego już raportu Fundacji Batorego, zasady finansowania prezydenckiej kampanii wyborczej naruszano przede wszystkim poprzez "przerzucanie" część wydatków z kampanii prezydenckiej na parlamentarną, która ma znacznie wyższy limit wydatków, a także wykorzystując środki publiczne do finansowania kampanii prezydenckiej.
Autorzy raportu zaznaczyli, że komitety wyborcze biorące udział w wyborach do parlamentu są żywotnie zainteresowane zawyżaniem swoich wydatków wyborczych, gdyż od ich wysokości zależą późniejsze subwencje dla partii z budżetu państwa.
Jednak sposób na "nie nielegalne" finansowanie kampanii komitety raport fundacji podaje jeszcze kilka.
Praktyczne wykorzystanie ich wszystkich pozwalało na "przepranie" nawet 70 proc. pieniędzy przeznaczonych na prezydenckie zmagania. Dlatego, przyjmując, że główni kandydaci do fotela prezydenckiego mieli wydatki na kapanie mniej więcej na poziomie ustawowego limitu 13,8 mln zł, to można tą drogą szacować rzeczywiste ich wydatki na poziomie ok. 50 mln zł.
Szacunek rzeczywistych kosztów związanych z kandydowaniem na fotel Prezydenta RP można oprzeć także na innym założeniu.
Jako, że politycy i gazety mają wiele wspólnego, porównaniem mogą być tu koszty promocji, jakie ponoszą wydawcy nowych tytułów prasowych. W 2005 r. w związku z wprowadzeniem na rynek nowej gazety „Nowy Dzień” spółka Agora SA zaplanowała na akcje promocyjne ok. 75 mln zł. Podobną kwotę - 70 mln zł - miał pochłonąć marketing nowego dziennika ogólnopolskiego, którego wydawanie planował Michał Sołowow.
Trzeba jednak zaznaczyć, że wydatki na promocję nowego tytułu obejmują dwa lata. W przypadku promocji kandydata na prezydenta trzeba je ponieść w okresie mniej więcej dwóch miesięcy.
Tym samym realne wydatki na kampanię prezydencką można szacować na 50-70 mln zł (chociaż mogą być one jeszcze wyższe). Kampania prezydencka Juszczenki na Ukrainie w 2004 r. miała, według nieoficjalnych danych, kosztować ok. 100 mln dolarów, a więc ok. 350 mln zł.
Według złożonych do PKW rozliczeń finansowych ugrupowań, które brały udział w kampanii parlamentarnej 2005 roku fotel na Wiejskiej kosztował przeciętnie ok. 245 tys. zł.
Najwięcej na wybory wydał PiS - niemal 30 mln zł. Partia braci Kaczyńskich wprowadziła do Sejmu i Senatu ponad 200 parlamentarzystów, zdobycie jednego mandatu kosztowało ją prawie 150 tys. zł. Partia Andrzeja Leppera przeznaczyła na kampanię - 27,4 mln zł. A to znaczy, że każdy z parlamentarzystów Samoobrony kosztował partyjną kasę niemal pół miliona złotych.
SLD wydał niemal 26 mln zł. Lewicę każde miejsce w parlamencie kosztowało tyle co Samoobronę - prawie pół miliona złotych (SLD ma 55 posłów i ani jednego fotela w Senacie). Nieco tańsi są parlamentarzyści Ligi Polskich Rodzin. Wybór każdego z nich kosztował niespełna 400 tys. zł. Swe wydatki wyborcze Liga zamknęła kwotą blisko 16 mln zł. Mniej od Samoobrony wydała na wybory Platforma Obywatelska - ponad 27,2 mln zł. Zdobyte 133 mandaty w Sejmie i 34 w Senacie oznaczają, że jeden fotel na Wiejskiej kosztował PO znacznie mniej - ponad 160 tys. zł.
-
Kosztowna zmiana władzy
-
Pisząc o wydatkach związanych z wyborami roku 2005 trzeba wspomnieć także o równie ważnym elemencie kosztów - budżecie Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego.
Określony w ustawie budżetowej na rok 2005 limit wydatków PKW wyniósł ok. 36 mln zł. W budżecie przewidziano także subwencję w wysokości 229,4 mln zł na sfinansowanie organizacji i przeprowadzenia przez KBW "wyborów i referendów". Łącznie zatem instytucjonalne koszty wyborów wyniosły ponad 265 mln zł, z czego lwią część pochłonęły wybory parlamentarne i prezydenckie. W przypadku tych ostatnich, koszty obu tur zamknęły się kwotą ok. 120 mln złotych.
-
Wojciech K. Szalkiewicz