-
Zbigniew Wojtasiński
Thriller polityczny
Najbardziej skuteczna jest bezwzględna kampania wyborcza

Spolegliwość nie popłaca w kampanii wyborczej. Największe szanse na przychylność wyborców mają kandydaci do najwyższych urzędów w państwie, którzy oczerniają i bezwzględnie wytykają błędy swych przeciwników politycznych - sugerują badania amerykańskich psychologów. Sami jednak muszą być nieskazitelni.

Kampania wyborcza musi wywoływać emocje - tylko wtedy może przyciągnąć do urn wyborczych tłumy ludzi. Nie wystarczy organizować wiece i obiecywać złote góry. W grze o głosy wyborców nawet najbardziej popularni politycy powinni mieć zagorzałego przeciwnika politycznego, by straszyć nim własnych zwolenników. - Chodzi o to, by wywołać wśród nich wrażenie, że mogą coś stracić, jeśli nie pójdą głosować na swego ulubionego kandydata - twierdzi prof. Jon Krosnick, psycholog i specjalista nauk politycznych Uniwersytetu Stanu Ohio.

Uczony jest współautorem badań, które po raz pierwszy wykazały, że umiejętnie prowadzona tzw. negatywna kampania wyborcza może przynieść więcej korzyści niż strat. Większość osób mniej bowiem pasjonuje sytuacja, gdy do wyboru mają jedynie kandydatów, wobec których ujawniają taki sam stosunek - negatywny lub pozytywny. W obu przypadkach nie wykazują większych chęci uczestniczenia w głosowaniu, bo jest im wszystko jedno, kto zostanie wybrany: zarówno wtedy, gdy wobec kandydatów na urząd prezydenta odnoszą się mniej lub bardziej pozytywnie, albo są wobec nich tak samo niechętni.

Takie przynajmniej są wyniki analizy sondażu, jaki podczas czterech amerykańskich kampanii prezydenckich w latach 1972-1988 przeprowadzono wśród 5 tys. osób. Zaprzecza ona dość powszechnemu przekonaniu, że kampania negatywna prowadzona jest głównie po to, żeby przekonać potencjalnych wyborców do swego kandydata na prezydenta. Jest ona raczej niezbędna, by przyciągnąć do urn wyborczych jak najwięcej jego zwolenników. - Wiele jest sposobów na to, by ludzie polubili jakiegoś polityka, jednak żeby mieć pewność, iż pójdą na niego zagłosować, trzeba spowodować, by znienawidzili jego przeciwnika politycznego - twierdzi prof. Krosnick.

Taka strategia ma jednak tę wadę, że jeśli jest skutecznie prowadzona przez najbardziej konkurujących między sobą polityków, może zniechęcić do nich w jednakowym stopniu. Niska frekwencja wyborcza jest wtedy niemal pewna. Na amerykańskiej scenie politycznej najlepsza sytuacja dla obu kandydatów na urząd prezydenta byłaby zatem wtedy, gdyby podczas tegorocznej kampanii wyborczej zwolennicy Ala Gore'a jednocześnie darzyli nienawiścią George'a Busha lub odwrotnie. Podobnie jest też w życiu: ludzi nic bardziej nie łączy, jak niechęć lub wręcz wrogość do kogoś w rodzinie, pracy lub najbliższym sąsiedztwie.

Negatywna kampania wyborcza ma większe szanse powodzenia również z tego powodu, że jesteśmy bardziej podatni na wytykanie innym błędów i niepowodzeń, niż na ukazywanie sukcesów i pozytywnego wizerunku. Szczególnie ważne jest pierwsze wrażenie, jakie wywoła polityk i opinia o nim, którą trudno później zmienić - nawet intensywną kampanią pozytywną lub negatywną. Początek kampanii wyborczej może mieć wręcz decydujące znaczenie dla wyników wyborów.

Dużo może zyskać też partia lub frakcja polityczna, która wystawia do wyborów mało znanych polityków - dopiero wkraczających na scenę polityczną. Najnowsze badania zaprzeczają bowiem dość powszechnemu poglądowi, że nastawienie społeczne do nich jest ambiwalentne. Jest ono raczej pozytywne, nawet wobec tych kandydatów, którzy wcześniej byli zupełnie nieznani - przekonują autorzy drugiego raportu, sporządzonego na podstawie sondażu 25 tys. wyborców, którzy głosowali w siedmiu wyborach prezydenckich w USA w latach 1972-1996.

Istotną rolę przy wyborze kandydatów odgrywa też ich płeć, szczególnie wtedy, gdy mają oni równorzędnie szanse wygrania wyborów, np. do parlamentu. - Dla ponad połowy wyborców jest ona jednym z ważniejszych kryteriów oceny polityków - twierdzi prof. Kira Sanbonmatsu z Uniwersytetu Stano Ohio, powołująca się na sondaż telefoniczny 455 Amerykanów. Ujawnił on, że tak postępuje 63 proc. kobiet oraz 51 proc. mężczyzn, spośród których większość (odpowiednio 62 i 68 proc.) preferuje własną płeć.

Wybór ten nie ma jednak nic wspólnego z dyskryminacją płciową. Jest on raczej wynikiem stereotypów, jakie wciąż pokutują w społeczeństwie, sprawiających, że kobiety częściej postrzegane są jako osoby bardziej dbające o pomoc socjalną, a mężczyźni bardziej przydatni są w polityce zagranicznej. Takie schematy myślowe mogą zadecydować o wyborze jakiegoś polityka szczególnie wtedy, gdy jest on zbyt mało znany - nawet po zakończeniu kampanii wyborczej.