-
Wojciech Krzysztof Szalkiewicz
I po wyborach ?!!

"Twarze, facjaty, gęby, mordy i ryje" - tak, nie bez racji, oceniał kiedyś Stanisław Tym zawartość plakatów i ulotek wyborczych. Trudno się z tym nie zgodzić oceniając i tegoroczną kampanie samorządową, która tylko w niewielkim stopniu odbiegała od sztampy.
Mimo, iż wybory 2002 roku odbywały się w nowej formule - bezpośredniego wskazywania kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, nie wprowadziły nowej jakości do zagadnienia marketingu politycznego. Chociaż nowa ordynacja umocniła pozycję lidera ugrupowania, jednak zmuszony został do samotnej walki o fotel wójta. Zasady finansowania kampanii spowodowały, że ten element nie został wykorzystany. Kandydaci na radnych robili swoją kampanię, kandydaci na szefów zarządów gmin swoją, tylko w niewielkim stopniu wspierając swoją aktywność przedwyborczą.

Kampania była raczej bezbarwna, otulona jesienną szarugą i obficie podlana deszczem - podobnie jak i same wybory. Warunki pogodowe nie sprzyjały nie tylko reklamie zewnętrznej, ale także wszelkiego rodzaju festynom, wiecom i plenerowym spotkaniom z elektoratem. Jest to też nauczka dla sztabów, aby w przyszłych kampaniach przewidywały taką możliwość. Sama Przyroda karała bowiem tych, którzy bez pozwolenia przyklejali byle jak i byle gdzie plakaty lub też rozrzucali ulotki. Szybko zmieniły się w stosy makulatury walającej się pod nogami przechodniów. Jesienna szaruga nie sprzyjała też, popularnym w ostatniej kampanii parlamentarnej, spacerom wśród elektoratu, co powinno skłonić sztabowców do położenia większego nacisku na kampanię typu "door to door". Niestety kandydaci w niewielkim tylko stopniu wykazywali się mobilnością. Mimo, iż bardzo chciałem, żaden z kandydatów na radnych czy prezydenta Olsztyna nie zaprosił mnie na spotkanie. Uznali, że kampanie "zrobiły" za nich: media i słowo drukowane.
W skali kraju najwięcej informacji dotyczących wyborów samorządowych związanych było z konfliktami w SLD i przedwyborczymi przepychankami. Jako, że dotychczasowy monolit zaczął się dosyć spektakularnie kruszyć (nie bez rękoczynów ze strony członków tego ugrupowanie) toteż i Sojusz miał zagwarantowane pierwsze miejsce we wszystkich dziennikach.
Wprawdzie pod koniec kampanii na pozycji medialnego lidera pojawiał się na krótko Gabriel Janowski i Liga Polskich Rodzin, ale szybko musieli ustąpić miejsca (i mównicy sejmowej) Andrzejowi Leperowi i Samoobronie. Na sejmowej awanturze, jak wynika z sondażu Pracowni Badań Społecznych opublikowanych przez "Rzeczpospolitą", najwięcej zyskali jej sprawcy LPR i Samoobrona, najwięcej stracili ci, którzy zaskoczyli swoich wyborców pierwszymi opiniami dotyczącymi postawy Marszałka Sejmu Marka Borowskiego - Platforma, Prawo i Sprawiedliwość oraz PSL. Ten ostatni stracił jeszcze dodatkowo jednego posła - Bogdana Pęka, który zrezygnował z pracy na rzecz ludowców i zamierza stworzyć swój twór polityczny.
Postawa Platformy i PiS-u rzeczywiście mogła wzbudzić wątpliwości u ich sympatyków, którzy nagle znaleźli się po jednej stronie barykady z Leperem i Giertychem. Ten krótkotrwały sojusz kosztował koalicje PO-PiS aż 6 proc. poparcia. Nic dziwnego, że obie partie wsłuchując się w głos opinii publicznej szybko zmieniły stanowisko w tej sprawie.
Poza budynkiem Sejmu kampania toczyła się dosyć leniwie w rytmie kilku piosenek (starych i nowych), którymi przekonywano, że "Ten kraj jest nasz i wasz" lub "Nam tu trzeba chłopa" oraz haseł, które raczej specjalistów od reklamy nie powalały swoją oryginalnością, czy świeżością. W tej krytyce może być też i sporo zawiści z ich strony. Sztaby wyborcze w tej kampanii rzadko zwracały się do specjalistów o pomoc, przede wszystkim dlatego, że ordynacja wyborcza nie zezwoliła na takie "rozpasanie" finansowe. Kandydaci i ich sztaby raczej zastanawiali się jak zgodnie z prawem wydać pieniądze na najprostsze ulotki.
Ustalone w ordynacji limity wydatków kandydatów w tej kampanii, nie tylko przyczyniły się do jej bezbarwności, ale przede wszystkim do szukania sposobów obejścia nieżyciowych, dla każdego kto zna się chociaż trochę na reklamie i jej kosztach, przepisów.
W myśleniu ustawodawcy nadal dominuje pogląd o dawaniu równych szans: tym, którzy potrafili dorobić się majątku i pokazać co umieją zrobić, ale także dla nauczycieli, których motywację wyborczą określa wysokość diety radnego, która pomoże przetrwać rodzinie do pierwszego. Efektem tego jest późniejsza jakość pracy władzy samorządowej sprawowanej przez ludzi związanych z budżetówką, którzy troszczą się raczej o sferę podziału biedy, niż o wypracowywanie przez gminy dochodów i szukanie sposobów rozwoju gospodarczego.
Niemniej najwięcej profitów finansowych z tej kampanii zebrali drukarze, powielając w milionach sztuk - sprawdzone schematy plakatów i ulotek: twarz, hasło, informacja "do czego kandyduje", numer listy, numer na liście, no i gdzieś na końcu, małymi literami nazwisko. Z informacji na ulotkach można dowiedzieć się o tym: ile lat ma kandydat, ile dzieci, czym się interesuje. Rzadko, który informował o swoich kwalifikacjach niezbędnych do sprawowania władzy. A jak już - to za swój atut uznawał np. fakt, że "jako dziennikarze byłem akredytowany na Igrzyskach w Sydney".
Niestety zasłonę milczenia należy spuścić nad większością produkcji telewizyjnych i radiowych komitetów wyborczych - kto miał tyle samozaparcia i obejrzał te "dzieła" z pewnością podzieli ten pogląd. Nie tylko zabrakło na tę kampanię pieniędzy, ale przede wszystkim pomysłu. I o ile, można wybaczyć lokalnemu komitetowi autorstwo "telewizyjnego kuriozum" - audycji, w której przez kilka minut pokazywany był plakat wyborczy i do tego najwidoczniej już wcześniej używany; O tyle, sporo uwag krytycznych można mieć do produkcji dużych komitetów. Dla przykładu kampanię SLD robiły w terenie ekipy "z Warszawy", które najwyraźniej "odwaliły" robotę i szybko trzeba było korzystać z pomocy lokalnych producentów telewizyjnych.
Lepiej, ale tylko trochę, wypadła kampania w radiu publicznym. Duże sztaby wyborcze zadbały bowiem o zestawy chwytliwych pieśni, piosenek i jingli, którymi można było zapełnić przyznany czas antenowy, przerywając i chociaż trochę uatrakcyjniając wystąpienia "gadających głów".
Jednak umożliwiając dostęp do darmowego czasu antenowego publicznych mediów, przy następnych wyborach należałoby chyba zdecydowanie ograniczyć czas audycji. Widać bowiem, że większość komitetów nie umie i nie może go sensownie zagospodarować. A emisja "politycznego bełkotu" niczemu nie służy, a kosztuje wszystkich podatników.

W ten sposób przekonywano społeczeństwo, aby wybrało „najlepszych” kandydatów na radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów.. A było z kogo wybierać - statystycznie 6 kandydatów na jedno miejsce, co w sumie, mimo zmniejszonej liczby foteli, dało prawie 290 tys. osób chcących podjąć leżącą na ulicy władzę. Jaki będzie efekt tych wyborów zobaczymy za cztery lata.

Wojciech Krzysztof Szalkiewicz
Olsztyn, 28.10.02 r.

PS. Nowym i ciekawym elementem kampanii politycznej na Warmii i Mazurach było pionierskie wykorzystanie internetu przez urzędującego marszałka Andrzeja Ryńskiego. Nie tylko pojawił się w sieci z całkiem ciekawą stroną domową www.rynski.pl, ale także przetarł w regionie szlak dotarcia do wyborców za pomocą e-maili i wysyłanych przez komputer SMS-ów, czym z pewnością przekonał do siebie młodych wyborców.