-
Przemysław Przybylski
Kandydaci na ringu, czyli o gafach, knockout'ach
i nie tylko w debatach prezydenckich

Amerykańskie debaty prezydenckie - to okazja, kiedy wyborcy mogą posłuchać i zobaczyć swoich kandydatów oraz zadecydować, któremu oddać swój głos. Zwycięstwo w potyczce przed kamerami może dać kandydatowi przewagę w sondażach ale porażka wróży klęskę wyborczą. Oczywiście prezydenta można wybrać bez organizowania debat, lecz Amerykanie już nie wyobrażają sobie kampanii bez bezpośredniej konfrontacji dwóch najważniejszych kandydatów.
Bezpośrednie pojedynki słowne kandydatów mają długą tradycję. Do pierwszego doszło w 1858r. Kiedy to Abraham Lincoln i Stephen Douglas stoczyli gorącą dyskusję na temat niewolnictwa. Obejrzało ich 15 tysięcy widzów - cóż, nie było wtedy telewizji ...

Nixon zasypiał, a Kennedy błyszczał

Sto dwa lata po debacie Lincoln-Douglas 70 milionów Amerykanów usiadło przed odbiornikami, by przyglądać się starciu Johna Kennedy'ego z urzędującym wiceprezydentem i kandydatem do prezydenckiego fotela Richardem Nixonem. Jak podają statystyki, wszystkie debaty przyciągnęły około 65 milionów widzów. Wcześniej większą popularnością cieszył się jedynie legendarny finał rozgrywek baseballowych miedzy Chicago White Sox a Los Angeles Dodgers.
Przed pierwszą debatą obaj kandydaci mieli mniej więcej takie samo poparcie społeczne. Niemniej większość stawiała raczej na Nixona, pamiętając jego telewizyjne starcie z Nikitą Chruszczowem (Sekretarzem Generalnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego). W drugiej połowie lat 50 telewizja dopiero raczkowała ale już powstał mit o jej niezwykłej sile perswazji. Dlatego transmisja debat kandydatów miała być pamiętnym wydarzeniem - stacje telewizyjne zaproponowały uczestnikom najlepszy czas antenowy. Kennedy zgodził się od razu, Nixon - dwa dni później. Doszło do czterech spotkań, ale pierwsze z nich - w Chicago - było zarazem przełomowe i historyczne.

Richard Nixon przygotowywał się do pojedynku w szpitalu gdzie przez dwa tygodnie leczył stłuczone kolano. Na debatę przyjechał po północy ale wstał już o 5.00 rano. Potem przez cały dzień pracował: pojawił się na wiecu republikanów a po południu tuż przed debatą doznał ponownie kontuzji chorej nogi - uderzył się kiedy wysiadał z samochodu. Już w studio okazało się, że wiceprezydent podczas pobytu w szpitalu schudł 2,5 kg. Dlatego szary garnitur dosłownie "wisiał na nim jak na wieszaku". Całość sprawiała fatalne wrażenie: Szare było tło, szary - garnitur i równie szare oblicze Nixona (zdecydował się upudrować tylko poranny zarost). Doradcy republikańscy domagali się przemalowania tła w studiu ale nie dało to żadnego efektu szarość wróciła po zapaleniu jupiterów.
Tymczasem John F. Kennedy przyszedł do studia wypoczęty i zrelaksowany. Wyspał się w nocy a przed obiadem uciął sobie dodatkową drzemkę. Również jego ciemny garnitur doskonale odcinał się od tła.

Podczas debaty Nixon zdradzał brak snu, zmęczenie i irytację. Był zdekoncentrowany. W pierwszych minutach zdarzyło mu się kilka razy przytaknąć oponentowi. W czasie swoich wystąpień Nixon zwracał się do Kennedyego, co nie wygląda dobrze w telewizji. Tymczasem Kennedy zgodnie z zasadami warsztatu telewizyjnego mówił do widzów (czyli do kamery). Dzięki temu sprawiał wrażenie osoby opanowanej i rzeczowej.

Sondaże przeprowadzone po debacie dowiodły, że niewielu widzów potrafiło określić temat rozmowy, natomiast kontrast obu postaci był tak widoczny, że prawie wszyscy zapamiętali wygląd rywali. Telewidzowie uznali zwycięstwo Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Tymczasem słuchacze radia (pojedynek odbywał się w latach 50) uznali pojedynek za remisowy. Mimo profesjonalnego przygotowania do trzech następnych debat Nixonowi nie udało się naprawić negatywnego wrażenia. Po zwycięskich wyborach John Fitzgerald Kennedy stwierdził: "Nie ma wątpliwości, że nie wygrałbym bez telewizji". Wiceprezydent Nixon podsumował swoją porażkę słowami: "Kennedy zyskał na debatach więcej niż ja".

Ford nas wyzwolił z "niewoli radzieckiej", a Carter wygrał na szpilkach

W 1976r. Gerald Ford - ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych zdecydował się odbyć telewizyjną debatę prezydencką z Jimmy'im Carterem. Ten nieznany szerzej polityk z Georgii przedstawiał się obywatelom jako reprezentant "zwykłych Amerykanów". Dzięki zręcznie przeprowadzonym telewizyjnym debatom udało mu się osiągnąć 30% przewagę nad urzędującym prezydentem.

Pierwsza debata kojarzy się jedynie z usterkami technicznymi - przez prawie 30 minut nie było dźwięku ale konsekwencje drugiej okazały się tragiczne dla prezydenta Forda. Kiedy jeden z dziennikarzy zapytał go o proces KBWE i prawa człowieka w Europie Wschodniej, ten w pewnym momencie powiedział, iż "Wschodnia Europa nie jest zdominowana przez Związek Radziecki i jak długo on jest w Białym Domu - nie będzie". Dziennikarz potraktował wypowiedź jako zwykłe przejęzyczenie czy pomyłkę, ale Ford brnął dalej. Stwierdził, że "Polacy nie uważają się za zdominowanych przez Rosjan". Wprawdzie większość widzów nie zauważyła gafy, ale następnego dnia pierwsze strony gazet roztrąbiły prezydencką kompromitację. O ile pierwsze sondaże przeprowadzone w dniu debaty wskazywały, że wygrał Ford, w ciągu następnych dni poparcie dla niego drastycznie malało. Najgorszy był fakt, że prezydent dość długo nie przyznawał się do swojego błędu. W pewnym momencie stwierdził, że "Polacy nie będą zawsze - jeśli są - zdominowani przez Związek Radziecki". Nie trzeba pisać, że gdybanie Forda znowu wywołało falę oburzenia.

Jimmy Carter bardzo chciał zwycięstwa w telewizyjnych debatach i niczego nie zostawił przypadkowi. Jego determinację dobrze oddaje tzw. "reguła klamerek". Otóż Ford był 8,5 cm wyższy od Cartera a ponieważ panowało przekonanie, że wygra kandydat o wyższym wzroście, więc trzeba było zlikwidować ten "defekt". Dlatego Jimmy Carter wystąpił w butach na obcasach a jego sztab wyborczy wynegocjował odpowiednie podwyższenie mównicy. W rezultacie pulpit przy mikrofonie sięgał Fordowi 5,5 cm powyżej klamry od krawata zaś Carterowi - 3 cm poniżej klamry od krawata. Carter sprawiał wrażenie wyższego... Jednak to o decyzji wyborców przesądziła nie wysokość mównicy a fatalna wpadka Forda w drugiej debacie.

Carter z Amy kontrolował zbrojenia, a Reagan zapłacił, więc mógł mówić

W 1980r. Jimmy Carter odmówił występu w debacie kandydatów. Dlatego w pierwszej debacie prezydenckiej wzięli udział: kandydat republikański Ronald Reagan oraz niezależny John Anderson, (sondaże dawały mu ponad 15% poparcia). W tej rundzie przegranym stał się nieobecny. Obaj pretendenci nie pozostawili suchej nitki na głowie państwa.

Kiedy poparcie dla Andersona spadło Reagan zaproponował prezydentowi Carterowi pojedynek. Ten nie bez wahania przyjął wyzwanie. Carter przygotowywał się starannie do debaty, a ze spraw zagranicznych odpytywał go Zbigniew Brzeziński. Podczas pojedynku Carter metodycznie wytykał błędy republikanów. Reagan odpierał zarzuty prezydenta sprowadzając je do absurdu. Mówił: "Ten znowu swoje" z widownia krztusiła się ze śmiechu. Carter zostawił na koniec debaty argumenty najcięższego kalibru: kwestię rozbrojenia. Powoływał się na swoją córkę Amy, która jakoby uważała kontrolę zbrojeń za najważniejszy problem współczesnego świata. Gazety natychmiast przypomniały, że dziewczynka miała zaledwie 13 lat... Później opowiadano sobie dowcipy na temat rozmów prezydenta z córką.
Kiedy Reagan przestał dowcipkować przeszedł do ataku. Do dziś kolejni prezydenci kopiują słynne reaganowskie pytanie: "Czy żyje wam się lepiej?" (Are you better off?). Kandydat zaapelował, by wyborcy zastanowili się, czy ich życie jest lepsze niż 4 lata temu? Czy mogą sobie pozwolić na rzeczy, na które nie było ich stać 4 lata temu? Czy przez ten czas spadło bezrobocie? Pytanie trafiło w dziesiątkę. Na koniec pojedynku Reagan, ignorując swój sztab, podszedł podać rękę rywalowi. Kamery pokazały zakłopotanego Cartera. (Podobny gest wykorzystał m.in. Aleksander Kwaśniewski w debacie prezydenckiej w 1995 roku - być może nieumiejętna odpowiedź Lecha Wałęsy pozbawiła go szans na reelekcję). Wyborcy wybrali Ronalda Reagana. Dopiero trzy lata po tej debacie opinia publiczna dowiedziała się o przechwyceniu przez republikanów notatek, z których Jimmy Carter przygotowywał się do debaty. Niewątpliwie skradzione materiały pomogły aktorowi Reaganowi napisać scenariusz występu na politycznej scenie.

W 1980 Reagan był gwiazdą innego show. Podczas prawyborów w New Hampshire doszło do debaty kandydatów republikańskich. Reagan - wówczas gubernator stanu Kalifornia opłacił całe przedsięwzięcie i chciał, by wszyscy kandydaci wzięli w nim udział. Tymczasem organizatorzy przewidywali udział tylko dwóch polityków. Niemniej ostatecznie wszyscy pojawili się na scenie, a Reagan zaczął już na wizji głosić ich prawo do uczestniczenia w pojedynku. Kiedy zniecierpliwiony dziennikarz prowadzący debatę poprosił o wyłączenie mu mikrofonu, Reagan krzyknął: "To ja opłacam mikrofony!".

Zwycięzcy i przegrani lat 80. i 90.

Pojedynki z lat: 1984 oraz 1988 nie wyróżniły się niczym specjalnym. Ronald Reagan znowu wygrał - tym razem pokonał demokratę Waltera Mondale', a potem republikanin George Bush - Michaela Dukakisa.

W 1992r. po raz pierwszy w historii debat prezydenckich wzięli udział trzej kandydaci: Bill Clinton, George Bush oraz miliarder z Teksasu Ross Perot. W sondażach prowadził Clinton. Ówczesny prezydent - George Bush - musiał więc wygrać pojedynek. W debacie zaatakował Clintona stwierdzeniem, że nie jest w stanie pojąć, jak można urządzać demonstracje przeciwko swojej ojczyźnie. Clinton odparł, że ojciec Busha miał rację, kiedy był przeciwny McCarthy'emu, ale prezydent nie ma racji, wątpiąc patriotyzm Billa Clintona. Busha zatkało i przegrał rundę.

W drugiej debacie pytania zadawała zgromadzona w studiu publiczność. Jedna z kobiet zapytała prezydenta, jak dług publiczny wpłynął na życie jego rodziny. Bush odparł, że nie wie, czy ją dobrze rozumie i ... znów przegrał rundę. W dodatku realizator pokazał w pewnym momencie Busha spoglądającego na zegarek. Natomiast Bill Clinton podczas debat czuł się jak ryba w wodzie: chodził po całym studiu, mówił do telewidzów stojąc przed samą kamerą lub bezpośrednio do zgromadzonych w studiu oraz gestykulował żywo. Wyborcom spodobał się styl kandydata przypominający zachowanie gwiazdy talk show.

Pojedynek 2000

W debatach telewizyjnych w 2000r. uczestniczyli: W. Bush i Al. Gore. Dzień po pierwszej debacie sondaże wyborcze pokazywały 8-procentowe zwycięstwo Gore'a, ale trzy dni później Bush przeskoczył rywala o 7 punktów. 15-procentowy skok zdziwił, gdyż większość widzów uznała, że w pierwszej rundzie zwyciężył Gore.
W żadnej z debat nie pojawił się moment, który można by określić "knockoutem". Podczas drugiego pojedynku w Winston-Salem obaj kandydaci walczyli raczej ze stereotypami samych siebie. W. Bush starał się wymazać swój wizerunek ignoranta, a Al Gore - osoby o nieznośnym charakterze. Pojedynek zdominowała dyskusja na temat przemocy na Bliskim Wschodzie i obalenia Slobodana Miloszevicia. Po raz pierwszy Bush pokazał siebie jako człowieka wiarygodnego. Grupy, na których przeprowadzano badania, powiedziały, że wyglądał "prezydencko". Bushowi udało się pokazać różnicę jego idei Ameryki "skromnej i dumnej" od Gore'owskiej interwencjonistycznej polityki zaangażowania.

W trzeciej debacie w st. Louis Gore wypadł najlepiej, ale Bush przeżył jego ataki, a wyborcy zareagowali na jego "wyolbrzymianie" (Busha mówi o rywalu: "a serial exaggerator"). Właśnie to Bush zdał test z kompetencji. Nie tylko przetrwał 270 minut telewizji na żywo, nie mówiąc niczego głupiego, ale też przeciągając linę na swoją stronę słowami: "Pan Gore ufa rządowi. Ja jestem spoza Waszyngtonu i ufam ludziom".

Paradoksalnie, usilne starania Gore'a, by uwypuklić różnice między nim a Bushem wzmocniły przekaz kandydata republikanów. Pokazały, że Gore chce z Waszyngtonu dyrygować życiem ludzi. W konsekwencji Bush wygrał rundę na punkty. Od kilkudziesięciu lat nie było tak wyrównanej walki wyborczej, przewaga żadnego z kandydatów nie przekracza granicy błędu statystycznego. Jaki będzie werdykt wyborców przekonamy się nad ranem 10 listopada.