-
Rafał Geremek
Współpraca: Agnieszka Sijka
Kariera na włosku

Wiadomość, że Lech Wałęsa zgolił wąsy, obiegła cały świat. To był jedyny od wielu tygodni news z Polski w zachodnich agencjach. Szum jest zrozumiały, bo te wąsy to symbol "Solidarności" i polskości. Dlatego polityk czynny, znany wąsacz, na taki gest nie mógłby sobie u nas raczej pozwolić. I zwykle nie chce. Jarosław Kalinowski do niedawna nawet nie pozwolił tknąć swoich wąsów. Iwona Kohnke, specjalistka w dziedzinie marketingu politycznego, dopiero po trzech miesiącach przekonała go, że trzeba je delikatnie przyciąć. Przemodelowała także nieco fryzurę wicepremiera na bardziej modną. Kohnke uważa, że Kalinowski to "rodzynek". - Cały Sejm jest do zaorania - stwierdza obrazowo. - Ale i tak jest lepiej niż kiedyś. Podobnego zdania jest Andrzej Drzycimski, dziś wykładowca w warszawskiej Wyższej Szkole Zarządzania i Marketingu, przed laty rzecznik prasowy prezydenta Wałęsy. - Polscy politycy odkrywają, że ważne jest nie tylko, co i jak się mówi, ale i jak się wygląda - twierdzi Drzycimski. - Włosy to sprawa pierwszoplanowa.

Broda i wąsy = nieszczerość
Albert Mehrabian, amerykański psycholog z University of California, przeprowadził w 1971 r. badania, z których wynikało, że 55 proc. wyborców zwraca uwagę przede wszystkim na wygląd polityka, dla 38 proc. najważniejszy jest jego głos, a dopiero dla pozostałych 7 proc. treść przekazu. Badania ponawiane w wielu krajach dały podobne rezultaty. Znamienne były postawy Amerykanów przysłuchujących się debacie Nixon - Kennedy jesienią 1960 r. Słuchacze radiowi byli po stronie Nixona, ale widzów przekonał do siebie Kennedy, przystojny amant z bujną czupryną. Zdaniem prof. Krzysztofa Michałka, znawcy historii i kultury Stanów Zjednoczonych, właśnie wtedy włosy na dobre "weszły" do amerykańskiej polityki.
- Po tamtej debacie został ustalony pewien kanon - mówi prof. Michałek. - Za oceanem polityk ery telewizyjnej musi mieć grzywkę dobrze przystrzyżoną, lekko opadającą na czoło. Nie może być podcięty za krótko, bo w ten sposób wyglądałby na radykała. Długie włosy zaś są niechlujne. Ten model nie zmienia się od ponad czterdziestu lat, mimo że na ulicy królują najróżniejsze mody.
Wąsów i bród na amerykańskich salonach władzy nie ma prawie w ogóle. Włosy na twarzy sugerowałyby tamtejszym wyborcom, że ich przedstawiciel coś ukrywa - podejrzewaliby nieszczerość. Gdyby Bush senior nosił wąsy i brodę, nie mógłby powiedzieć: "Patrzcie na moje usta, żadnych nowych podatków". Inaczej jest w Polsce. Wąsy to element kultury sarmackiej, chłopskiej i żołnierskiej, a dzięki Wałęsie - także solidarnościowej. Opozycyjny rodowód mają również brody. Zaroiło się od nich po 4 czerwca 1989 r. Później zaczęły uwierać. - Miałem dosyć brody - wspomina Drzycimski - ale będąc ministrem u Wałęsy, nie mogłem jej zgolić, bo wysłałbym sygnał do naszych wyborców, że ich zdradziłem. W dzień po dymisji poszedłem do fryzjera ją ściąć. To był akt wyzwolenia.
- Dziś chodzi o podział na tradycjonalistów i nowoczesnych, gładkich polityków - twierdzi Marek Kochan z firmy ARC Rynek i Opinia. - Politycy tacy jak Jagieliński manifestują swoje pochodzenie, tacy jak Janik - silną osobowość - dodaje. Jednym z najbardziej nieprzejednanych brodaczy jest Bogdan Pęk z PSL. Sam Kalinowski prosił go o podcięcie włosów, aby odsłonić usta. Na próżno.

Długie włosy = moc szamańska
Na fryzurę hippie w polskiej polityce prawie wyłącznie decydują się ekonomiści. Najbardziej znanym długowłosym był wiceminister finansów Wojciech Misiąg.
- Paradoksalnie taki wygląd pasuje do kogoś, kto siedzi zagłębiony w księgach i dokumentach - zauważa Kochan. - Politykowi z pierwszej linii takiej fryzury nosić jednak nie wypada, dlatego Grzegorz Kołodko się ostrzygł, kiedy ponownie został ministrem finansów. W długich włosach jest element szamański, one symbolizują moc. Dopełniały wizerunku Kołodki, który odsunięty od władzy ćwiczył, medytował, a potem wrócił jeszcze potężniejszy. Wkraczając ponownie do świata polityki, Kołodko przypomina Roberta De Niro z "Taksówkarza" Scorsese, który goli głowę, idąc do walki ze złem wielkiego miasta.

Łysi do policji i służb specjalnych!
Dużo większym problemem w warunkach demokracji są łysi. W Stanach Zjednoczonych nie mają szans. - Łysina kojarzy się wyborcom ze światem przestępczym - twierdzi prof. Michałek. Brak włosów potrafił jednak wykorzystać w rywalizacji wyborczej Jessie Ventura. Znany łysy zapaśnik wygrał z rasowymi politykami w walce o fotel gubernatora stanu Minnesota. Wyróżniając się łysiną, dał do zrozumienia wyborcom, że jest spoza partyjnych układów. Jedno z jego haseł brzmiało: "Nie mam nic do ukrycia". Ale Polacy są bardziej wyrozumiali. Zwłaszcza jeśli sami łysogłowi mają do siebie dystans, jak były premier Józef Oleksy, który wstąpił do klubu łysych. To jedyny współczesny polityk, który może się obyć bez grzebienia i zaszedł tak daleko. Drzycimski uważa go za wyjątek potwierdzający regułę. - Łysi mają największe szanse w policji, tajnych służbach i ochronie - mówi. - Świadczą o tym kariery Jerzego Koniecznego, byłego szefa UOP, i Jerzego Dziewulskiego z SLD. Konieczny, zawsze ubrany nienagannie, dawał sygnał, że pasuje do instytucji, którą zarządza. Dziewulski z kolei dobrze sobie radzi w roli "twardego faceta". Myślę jednak, że jako minister nie byłby mile widziany.

Siwizna na zamówienie
Spece od wizerunku polityków wyróżniają około dziesięciu typów fryzur, na przykład amanta (Marian Krzaklewski), trybuna (Andrzej Lepper), fryzurę użytkową (Wiesław Walendziak) i władczą (Aleksander Kwaśniewski). Prezydent RP jest wręcz ucieleśnieniem modelu amerykańskiego - włosy ułożone, twarz wygolona, siwe kosmyki dodają dostojeństwa. Wielu fachowców z branży zastanawia się, czy siwizna jest autentyczna. Pytanie, wbrew pozorom, jest całkiem uzasadnione. Podobno prezydentowi Clintonowi, przybywało siwych włosów, gdy wygłaszał orędzia do narodu. Gdy chciał pokazać, że jest rześki i sprawny, znowu stawał się bardziej blondynem.
- W amerykańskiej polityce ideałem jest polityk szpakowaty - tłumaczy prof. Michałek. - Zupełnie siwe włosy kojarzą się ze starością i zniedołężnieniem.
Żaden polityk nie przyzna się, że farbuje włosy. - Nikt nie chce etykiety farbowanego lisa - mówi Drzycimski. Dlatego Schröder podał do sądu dziennikarzy, który zarzucili mu ściemnianie... włosów.

Bez granic
- Polscy politycy bardzo rzadko farbują włosy. Boją się jak ognia nawet zwykłego lakieru - mówi Zygmunt Lange, fryzjer sejmowy. Jeśli wierzyć Lucynie Krzemińskiej, wizażystce, która pracowała z politykami SLD i PSL, nasze posłanki używają tego specyfiku aż zanadto. - Czub usztywniony, a włosy do połowy szyi. To najczęstsza fryzura - irytuje się Krzemińska.
Posłanki mniej chętnie niż panowie korzystają z porad specjalistów. Uważają, że same potrafią o siebie zadbać. Przekonała się o tym Iwona Kohnke, która bezskutecznie namawiała do zmiany wizerunku m.in. byłą minister Barbarę Piwnik. Tamy jednak pękną. Twarze młodych polityków są gładkie, a włosy starannie podcięte. Michał Tober rzecznik prasowy rządu odwiedza swojego fryzjera regularnie co trzy tygodnie. Jest przy tym konserwatywny. - Lubię nosić fryzury, które już wcześniej miałem - powiada. Specjaliści od politycznego imageu zgodnie przyznają, że przyspieszenie u starszych polityków w tej dziedzinie jest z kolei rezultatem sukcesu Piotra Tymochowicza, "stwórcy Leppera". - Udowodniłem tylko, że nie ma żadnych granic - chichocze Tymochowicz.

Rafał Geremek
Współpraca: Agnieszka Sijka
 

ANDRZEJ OLECHOWSKI
lider Platformy Obywatelskiej
W Polsce korzystanie z usług profesjonalnego wizażysty jest ciągle tematem wstydliwym. Dla polityka to jak przyznanie się do własnej słabości: nie mam dość gustu, dlatego muszę się poradzić kogoś innego. Sam również nie korzystam z usług wizażystów, nie dlatego, że się wstydzę, po prostu nie czuję takiej potrzeby. Przez całe życie stosowałam się do rad tylko dwóch osób: mamy i wujka. Mama radziła mi, żebym codziennie się mył, a wujek uważał, że przy dwóch metrach wzrostu powinienem się starać zlać z otoczeniem, a nie jeszcze bardziej wyróżnić. Ostatnio posłuchałam także moich synów, którzy radzili, bym skrócił włosy.

JAROSŁAW KALINOWSKI
wicepremier, minister rolnictwa
Wąsy daję lekko podcinać, ale nie wyobrażam sobie życia bez nich, bo noszenie wąsów to u mnie tradycja rodzinna. Nigdy bym ich nie zgolił, chyba że nasi piłkarze zdobyliby mistrzostwo świata. Korzystam z usług wizażysty, bo jestem zabiegany i nie mam czasu na wszystko.

Hipisi i wąsacze
Gerharda Schrödera i Tonyego Blaira łączy nie tylko pokrewieństwo ideowe, ale także bardzo amerykańskie podejście do fryzury. Nie jest to normą na Starym Kontynencie. Showbiznesowy styl uprawiania polityki zaczął się przyjmować w polityce europejskiej dopiero na początku lat 90. Poza tym u niektórych polityków, zwłaszcza francuskich, "niechęć do robienia z siebie lalki" współgra z postawą antyamerykańską. Białe włosy w Europie nikogo nie przekreślają (vide: wzrost notowań Edmunda Stoibera z niemieckiej CSU), choć jednocześnie polityk musi być krzepki. Konrad Adenauer w czasach kultu młodości nie miałby szans.
Łysych w pierwszym szeregu europejskiej polityki prawie nie ma, za to zdarzają się wąsy. Nosi je na przykład José Maria Aznar, premier Hiszpanii. Długowłosi też się trafiali, co było dziedzictwem maja 1968 r. Joschka Fischer ostrzygł się dopiero na krótko przed nominacją na szefa niemieckiej dyplomacji.

(Tygodnik "Wprost", Nr 35, 1 wrzesnień 2002 r.)