-
Rafał A. Ziemkiewicz
Drętwa mowa

Dwóch na trzech Polaków nie rozumie polityków i samych siebie

Polityk, który nie potrafi się wysłowić? Ojcom - założycielom demokracji podobne indywiduum zapewne nie mieściłoby się w głowie. Polityk, tak jak podrywacz, może się okazać niemoralny, niepoważny i niekompetentny w każdej innej sprawie, ale umiejętność jasnego prezentowania swych racji i przekonywania do nich musi mieć w małym palcu. W demokracji od czasów Cycerona najbardziej potrzebna do tego, by zrobić karierę, jest umiejętność operowania słowem. Wielcy przywódcy demokratyczni byli bez wyjątku wybitnymi mówcami. Cromwell, Danton, Disraeli, Jefferson - o każdym z nich pamiętnikarze napisali, że dzięki wymowie potrafił dowolnie manipulować tłumami słuchaczy. Wśród polskich polityków szczególny dar wymowy przypisywano Ignacemu Daszyńskiemu, premierowi i marszałkowi Sejmu w II RP. W ogóle w czasach międzywojnia obrady sejmowe wręcz skrzyły się oratorskim kunsztem adwersarzy. Podobnie było w parlamencie na uchodźstwie podczas II wojny światowej.

Grzech nowomowy
W 1996 r. Patrick Buchanan, jeden z republikańskich kandydatów na prezydenta USA, podczas wyborczego wiecu w Chicago na chwilę się zapomniał i powiedział: "Musimy znaleźć konsensus w sprawie przywrócenia gospodarce i rynkowi obywatelskiego wymiaru". Jeden ze słuchaczy natychmiast zareagował na tę nowomowę. "Niech pan potraktuje mnie jak przeciętnego idiotę i powie, o co panu chodzi, bo nic z tego nie rozumiem" - krzyknął. "Mnie i wielu tu obecnych obchodzi tylko to, czy pan obniży, czy podwyższy podatki. A pan zaczyna mówić o tym, co mnie w ogóle nie interesuje" - dodał. Tę wymianę zdań analizowano potem na uniwersyteckich seminariach jako przykład tego, że polityk nie ma prawa się zapomnieć. Trudno byłoby w Polsce znaleźć przykład podobnej wymiany zdań - wyborcy nie zadają politykom tak bezceremonialnych pytań, więc politycy do woli posługują się językiem "zorientowanym na nikogo" - jak to określa prof. Michał Głowiński, analityk polskiej nowomowy.
Umiejętność jasnego wyrażania myśli przez polityków możemy w dzisiejszej Polsce zaliczyć do zamierzchłej historii. I Polacy bez trudu to dostrzegają - aż  67 proc. badanych przez Pentor (na zamówienie "Wprost") uważa, że rodzimi politycy wyrażają się w sposób niejasny i niezrozumiały. Przywódcy liczących się partii albo dukają i stękają, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa, albo gładko powtarzają nic nie znaczące slogany, albo wreszcie posługują się niezrozumiałym dla nikogo żargonem.
O jakimkolwiek nawiązaniu do porywających tłumy przywódców II Rzeczypospolitej nie ma mowy. Język dzisiejszej polityki przypomina nowomowę pierwszych sekretarzy PZPR i martwy język referatów odczytywanych z kartki na zjazdach i konferencjach ideologicznych.
"Nic tak dobrze nie chroni przed ludźmi jak ściana ze słów" - zauważył Ludwig Wittgenstein, filozof języka. Tuż przed II wojną światową Wittgenstein obliczył logiczną wartość, czyli sens, półgodzinnej wypowiedzi Józefa Stalina, sowieckiego dyktatora. Wyszło mu, że podczas półgodzinnej oracji wypowiedział on dwa zdania mające sens.

Polska niemota
Można zaryzykować tezę, że niemota polskich polityków odbija po prostu ogólną nieumiejętność wypowiadania się, zwłaszcza publicznie, przez Polaków. Człowiek potrafiący jasno i rzeczowo wyłożyć swe racje stanowi u nas taką rzadkość jak cielę z dwoma głowami. Nigdzie nie widać tego bardziej jaskrawo niż na rozmaitych prestiżowych konferencjach i seminariach z udziałem zagranicznych gości. Podczas gdy zaproszony cudzoziemiec prezentuje swe tezy precyzyjnie, w punktach, trzymając się co do minuty przewidzianego programem czasu, goście krajowi brną w dygresję - jedną po drugiej - wikłają się w dywagacje i zazwyczaj gubią temat już w drugiej minucie wystąpienia.
Polskim mediom zarzuca się często, że w charakterze ekspertów zapraszają bezustannie kilka tych samych osób. Jeśli w programie potrzebny jest seksuolog, bez wątpienia będzie to Zbigniew Lew Starowicz, jeśli psycholog - Andrzej Samson lub Jacek Santorski, jeśli językoznawca - Jerzy Bralczyk itp. Zarzut to skądinąd słuszny, tyle że zapraszanie osób sprawdzonych jest koniecznością. Znalezienie kogoś, kto potrafiłby o swojej dziedzinie powiedzieć zwięźle kilka słów, formułując zdania z podmiotem i orzeczeniem i nie powtarzając przy tym piętnaście razy "eee" lub "yyy", graniczy z nieprawdopodobieństwem. Polak może być profesorem, wybitnym specjalistą, mieć uznany dorobek, a i tak nie umieć sformułować prostej myśli w sposób zrozumiały dla innych. Dlaczego mieliby to umieć politycy?

Ofiary rekomendacji
Praprzyczyną polskiej niemoty może być długotrwały brak demokracji. Fakt, że wykształcony Amerykanin, a zwłaszcza działacz społeczny najniższego nawet szczebla zawsze potrafi sformułować przejrzystą wypowiedź na jedną, trzy i pięć minut, nie wynika z jego genetycznej wyższości nad Polakiem. Po prostu uczy się go tego już w podstawówce. Umiejętność komunikacji wyrabia się w nim od dziecka w rozmaitych szkolnych kołach zainteresowań, stowarzyszeniach czy ligach. Aby zrobić cokolwiek, musisz przekonać do swoich racji innych. Aby zrobić karierę w dowolnej dziedzinie, musisz umieć publicznie "sprzedać" swoje osiągnięcia, jasno i precyzyjnie wyjaśnić, co odkryłeś i dlaczego jest to ważne, albo co masz do zaoferowania firmie, w której ubiegasz się o pracę. W jeszcze większym stopniu dotyczy to kariery politycznej. Aby ją zrobić, trzeba być wielokrotnie wybieranym na coraz to wyższych szczeblach, począwszy od zebrania w okręgu wyborczym. Aby zostać wybranym, trzeba na głosujących zrobić dobre wrażenie, czyli mówić do nich tak, żeby wiedzieli, o czym jest mowa.
W Polsce od dwunastu lat obowiązuje ten sam system: mamy partie, mamy możliwość przemierzania w nich drogi od działacza lokalnego szczebla po Sejm i rząd. Dlaczego więc nie doczekaliśmy się polityków, którzy byliby się w stanie komunikować ze społeczeństwem? Polska demokracja - inaczej niż dzieje się to w krajach o długiej demokratycznej tradycji - wcale nie wymaga od polityka, żeby dobrze porozumiewał się ze społeczeństwem. Polska demokracja uzależnia szanse awansu od akceptacji przez partyjną centralę. To, co polityk ma do powiedzenia swoim wyborcom i partyjnym dołom, ma drugorzędne znaczenie wobec otrzymanej "z góry" rekomendacji.

Ogłuszanie mową
Wieloletnie funkcjonowanie proporcjonalnej ordynacji wyborczej sprawia, że w polityce nie rywalizują u nas ludzie, ale partie. Partia zaś to w oczach wyborcy jej lider - znany z telewizji. Miejscowy kandydat na radnego czy posła jest tylko kimś w rodzaju inkasenta zbierającego głosy, na które pracują Miller, Olechowski, Kalinowski czy Lepper. W polityce lokalnej nie toczy się żadnych debat, bo nie ma po co.
Tam jednak, gdzie się je toczy - w Sejmie, w telewizyjnych dyskusjach liderów - nie jest wcale lepiej. Politykom nie zależy na komunikatywności, na  jasnym formułowaniu myśli. Jeśli interesuje ich znalezienie nośnej frazy, ma ona raczej pobudzać emocje niż trafiać do rozumu. Często jednak posługują się świadomie zawikłaną mową-trawą rodem z urzędowych okólników.
Chowają się świadomie za niezrozumiałymi pojęciami, uciekają w nowomowę, komplikują w swych wypowiedziach to, co można powiedzieć prosto, aby sprawić wrażenie, że ich działania wymagają jakiejś specjalnej, tajemnej wiedzy i prosty człowiek nie jest w stanie ich kontrolować - winien tylko bezwarunkowo im zaufać.

Mowa-trawa kontra cep populistów
Wprawny lekarz po drobnych i z pozoru nieistotnych symptomach jest w stanie rozpoznać poważną chorobę. Sztywniackie ględzenie naszych polityków, ich skłonność do urzędniczego żargonu, pustych sloganów i komplikowania prostych spraw mogą się wydawać niezbyt istotną śmiesznostką. To pozór. Tak naprawdę niejasny, udziwniony język, jakim najchętniej posługują się politycy, jest dowodem ich wyobcowania ze społeczeństwa, które - teoretycznie - reprezentują. Politycy niechętnie mówią "po ludzku", bo wtedy każdy łatwo mógłby im wytknąć, że uprawiają demagogię lub wręcz mówią bzdury. Mowa-trawa była metodą skuteczną do czasu, gdy na polskiej scenie politycznej pojawili się populiści mający na wszystko odpowiedzi proste i zrozumiałe jak uderzenie cepem. Cóż z tego, że dalekie od prawdy. Politycy niepopuliści mają więc dwa wyjścia: albo nauczą się mówić zrozumiale (co jest mało prawdopodobne) i obezwładnią populistów, albo się do nich upodobnią (co już obserwujemy). W tym drugim wypadku język polityków będzie jednak sprawą naprawdę mało istotną.
 

Słownik nowomowy - Jak czytać wypowiedzi polityków

Sytuacja kadrowa wymaga uzdrowienia - czytaj: trzeba wylać "ich" ludzi i zatrudnić "naszych".

Aktualnie skoncentrujemy się na stabilności finansów - czytaj: koniec złudzeń, wyjmujcie portfele.

Potrzebna jest decyzja polityczna - czytaj: musimy skalkulować, czy to się opłaca nam i naszym kolesiom.

Zarzuty przeciwko nam mają charakter polityczny - czytaj: psy szczekają, karawana idzie dalej.

Ta sprawa wymaga zbudowania szerokiego konsensusu ponad podziałami - czytaj: powinniście "odpalić" parę stołków opozycji.

Dokonamy równiejszego podziału obciążeń - czytaj: podniesiemy podatki.

Proponujemy nowe rozwiązania
- czytaj: wymyśliliśmy nowego rodzaju podatki.

Oczekujemy pozytywnych efektów licznych wdrażanych aktualnie programów - czytaj: czekaj tatka latka.

Problem wymaga przygotowania przemyślanego planu szeroko zakrojonej restrukturyzacji - czytaj: jutro, kochani, jutro...

Dobro koalicji wymaga pełniejszej realizacji parytetu - czytaj: więcej stołków dla naszych!

Uwzględniamy specyficzne interesy popierających nas środowisk - czytaj: coś dostaniecie, ale nie bądźcie zbyt natrętni.

Nie jesteśmy w opozycji do rządu, ale też nie bierzemy odpowiedzialności za jego poczynania - czytaj: nie możemy się zdecydować, czy być za, czy przeciw, bo jeszcze nie skalkulowaliśmy, co się bardziej opłaca.

Skończymy z kolesiostwem, układami i TKM - czytaj: teraz dopiero wam pokażemy, na co nas stać!
 

(Tygodnik "Wprost", nr 39/2002)